14 marca 2013

Medialne bzdury a rzeczywistość

Chciałabym dziś wyprowadzić z błędu tych, którzy wierzą w medialne bzdury, że nauczyciel rzekomo pracuje 3 godziny dziennie i ma tyyyyle wolnego czasu. Owszem, jest jeden taki dzień, piątek - kiedy o 9:50 jestem wolna i zaczynam weekend (choć przyznam szczerze, że jeszcze nie udało mi się wyjść o czasie ze szkoły).
Ale wróćmy do pozostałych dni, które w ostatnim czasie wyjątkowo się dłużą. Spędzam w szkole więcej czasu niż w domu, już nawet mąż czyni mi zarzuty, że za mało się domem zajmuję, bo ciągle tylko praca i praca. W ciągu 2 tygodni 4 konferencje - powroty do domu po 18tej (od samego rana w szkole!). Wczoraj - dni otwarte - znów 9 godzin na pełnych obrotach. Dziś - zebrania z rodzicami, znów wracam późno. W poniedziałek znów szkolenie, środa - rada pedagogiczna, później jeszcze spotkanie wielkanocne i przedstawienie dla rodziców. Gdzieś w międzyczasie inscenizacja dla mieszkańców pomocy społecznej, przygotowania do konkursów, organizacja wycieczek i mnóstwo tzw. papierkowej roboty - sprawozdania, protokoły, rozliczanie finansów, sprawy wychowawcze, spotkania z pedagogiem, psychologiem, logopedą, przygotowywanie informacji opisowych o każdym uczniu, sprawdzanie sprawdzianów i zadań domowych, usprawiedliwienia, prowadzenie zajęć wyrównawczych i dla uczniów zdolnych. Ach, zapomniałam, że do zajęć jeszcze muszę się przygotowywać, żeby nie prowadzić lekcji tak z pierwszej łapanki. Kiedy więc mam to wszystko zrobić, skoro w szkole spędzam rzekomo 3 godziny? Oczywiście, że po godzinach (tablicowych), bo to też część moich obowiązków, a to że mam 3 lekcje, nie znaczy, że PRACUJĘ tylko 3 godziny. Formalności też zajmują mój czas. 
Zapytacie: chwalisz się czy żalisz? Otóż, ani jedno ani drugie. Chcę po prostu przedstawić na czym w rzeczywistości polega praca nauczyciela, bo to nie tylko 3 godziny przy tablicy.
Nie narzekam, cieszę się z tej pracy, mimo że jak wiecie - papierkowej roboty nie lubię. Ale dzieciaki lubię bardzo i to powód dla którego jestem w tej pracy. Owszem, problemy też są, ale nie ma sytuacji bez wyjścia, każdy dzień niesie nowe wyzwania, więc na chwilę obecną rutyna raczej mi nie grozi :-)
To naprawdę fajna praca, choć nie każdy się do niej nadaje. Niektórym wystarczy godzina, innym 5 minut spędzone w szkole by powiedzieć nauczycielowi, który jakoś ogarnął grupę rozwrzeszczanych maluszków: podziwiam pani/pana pracę, ja bym tak nie mógł. Takich jest niewielu, jednak są rodzice, którzy potrafią docenić nasz wysiłek włożony w naukę i wychowanie ich dzieci.

7 marca 2013

Ogólnopolska Olimpiada

Mam już wyniki ogólnopolskiej olimpiady OLIMPUSEK z edukacji wczesnoszkolnej na poziomie klasy 1. Co prawda nadal czekam na dyplomy, które organizator olimpiady zobowiązał się wysłać do szkoły (regulaminowo do 1 marca - ma już tydzień spóźnienia!), ale mailowe wyniki już otrzymałam. I muszę przyznać, że jestem bardzo dumna z moich uczniów. Do styczniowej olimpiady przystąpiło w sumie 9 osób.


I co? Trudne? Dla Was pewnie nie, ale dla pierwszaków owszem. Pytania byłyby łatwe pewnie w czerwcu po realizacji programu, ale nie w styczniu. 
Wróćmy więc do wyników. Z całej Polski do olimpiady przystąpiło 3855 uczniów klas pierwszych. To spora konkurencja. No i przy takiej liczbie zupełnie inaczej patrzę na ich wyniki. Mamy kolejno miejsca: 15,17,18,20,29 (x2), 48,52,58. Jedno dziecko załapało się na dyplom laureata. Pozostali otrzymają dyplomy uznania. Może dla nich 15 czy 20te miejsce to nic specjalnego, bo przecież NIE PIERWSZE, ale na taką ilość uczestników uważam, że to duży sukces. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej :-) Tymczasem zabieram się za przygotowania maluchów do kolejnego konkursu.

1 marca 2013

Od pierwszej klasy do matury w jednej szkole

Kryzys dotarł i do szkół, cięcia budżetowe spowodowały, że do naszego zespołu szkół w skład którego wchodzi szkoła podstawowa i gimnazjum, od września zostanie dołączone jeszcze liceum. Decyzja urzędu jest niepodważalna, obawiam się jednak że nic dobrego z owego połączenia nie wyniknie. Dlaczego? Już teraz rodzice maluszków boją się o ich bezpieczeństwo jak spotykają na korytarzach czy basenie gimnazjalistów. Ciężko się maluchom w czasie przerwy dostać do biblioteki, aby ktoś starszy ich nie popchnął. O niecenzuralnych wypowiedziach dryblasów nie wspomnę. A do tego ma być jeszcze liceum. Rozumiem założenia, że od pierwszej klasy aż do matury dziecko ma możliwość kształcenia się w wybranej dyscyplinie sportowej (bo taka specyfika naszej szkoły), ale bez osobnych, wejść, odgrodzonych pięter i korytarzy nie wyobrażam sobie bezpiecznych maluszków. Integracja? Ok, ale nie w takich warunkach. Niby jest monitoring, jest piętro maluchów, ale już świetlica znajduje się na dole gdzie lekcje mają też gimnazjaliści. Biblioteka piętro wyżej. Na basen też się trzeba jakoś przebić. Zupełnie oddzielić się nie da. Powstaje więc zmartwienie, czy uzbiera się wystarczająca ilość dzieci na stworzenie chociaż dwóch pierwszych klas? Czy rodzice się nie wycofają wiedząc, że w jednym budynku będą pierwszaki i licealiści?
A Wy posłalibyście dziecko do takiej szkoły?

27 lutego 2013

Odrabianie lekcji - praca dziecka czy rodziców?

Sprawdzałam parę dni temu wszystkim dzieciom zeszyty ćwiczeń (jako że zaczynamy już kolejną część) i odkryłam rzecz tak dziwną, że prawie niemożliwą. A jednak! Otóż mama odrabiała dziecku zadania domowe. Cała część matematyczna zrobiona przez matkę. Zastanawiałam się więc jaką mam postawić ocenę? 'A' dla mamusi, a 'D' dla synka? Jaś dumny dziś przychodzi rano z kolejną porcją zadań domowych i kładzie zeszyty na biurko chwaląc się, że ma zadania odrobione. A ja wyciągam ten stary zeszyt, pokazuję dziecku i pytam: 
- kto ci zrobił te zadania?
- nie wiem...
- Jasiu, no przecież widzę, że to nie jest twoje pismo tylko osoby dorosłej, więc pytam, kto to pisał?
- nie wiem, chyba brat
- a z kim odrabiasz zadania domowe? z mamą, bratem, ciocią, wujkiem, babcią?
- czasami babcia mi pomaga
- a te zadania kto ci pisał? babcia?
- nie, mama.
No i wydało się. Dziś rozmowa z mamą, a ona stwierdza, że tak tak, ona się przyznaje, że robiła za niego te zadania, tzn. rzekomo, on liczył a ona zapisywała, bo nie mogła już patrzeć na te jego koślawe cyferki, więc zaczęła pisać za niego. 
W głowie mi się to nie mieści. Mówię jej: czy zdaje sobie pani sprawę, że robi pani krzywdę dziecku w ten sposób? Przecież Jaś się nie nauczy pisać, czytać i liczyć jeśli pani z braku cierpliwości będzie w tym dziecko wyręczać. Mamusia: oczywiście, już nie będę. 
Haha, no rozmowa z matką jak z sześciolatkiem. We wszystkim się ze mną zgadza tylko niestety brak jej konsekwencji. Nie mogła dziś uwierzyć jak jej powiedziałam, że ma naprawdę inteligentne dziecko. Tyle, że zaniedbane...
Czuję, że w tej pracy jeszcze wiele rzeczy mnie zadziwi :-)

25 lutego 2013

Robimy kanapki :-)

Dziś dzień zdrowego odżywiania. Co prawda mam trochę inne podejście do tego co zdrowe niż większość dzieci i rodziców, ale grunt, że było warzywnie i kolorowo. Robiliśmy w klasie wesołe kanapki. Chciałabym napisać, że było pysznie, ale nie wiem jak smakowały. Dzieci co prawda chciały się ze mną podzielić, ale powiedziałam, że mięska nie jadam, a na wszystkich ich kanapkach jest wędlinka. Na co maluchy stwierdziły z krzykiem: PANI JEST WEGETARIANKĄ! Heh, ciekawe, że znają takie pojęcie, nie? Cóż, pochwalilam ich prace i życzyłam smacznego :-) Pałaszowały aż się uszy trzęsły! Zobaczcie efekty:
Jak Wam się podobają? Przyznam, że gdyby nie ten kabanosek na ostatniej, to z chęcią bym zjadła :-) BTW, czy naprawdę nie ma innych pomysłów z czym można jeść kanapki jak tylko wędlina i ser? Jeden chłopczyk na koniec lekcji spytał:
- Proszę pani, a my tak zawsze w poniedziałki będziemy sobie robić kanapki? To było pyszne śniadanko!
Zachęciłam za to dzieci, żeby już same w domku robiły sobie zdrowe śniadanka - nie wgłębiając się w szczegóły szkodliwości mięsa i sera (nie zlinczujcie mnie za te słowa!) - zawsze takie kanapki lepsze niż popularne bułki słodkie i batonik. Może na wiosnę jak będzie więcej świeżych warzyw zrobimy powtórkę?

24 lutego 2013

Lekcje czy REKOlekcje?

Rekolekcje - co to takiego? Jak podaje Wikipedia:  
 w katolicyzmie kilkudniowy okres poświęcony odnowie duchowej poprzez modlitwę, konferencje oraz spowiedź. 
Wszystko rozumiem, tylko jak do tego ma się szkoła? Rzekomo, instytucja świecka. Skoro rekolekcje to czas odnowy duchowej, zbliżenia się do Boga poprzez modlitwę, to pytam: jak wygląda życie duchowe na co dzień? Bez modlitwy? Bez Boga? 
Zwykle rekolekcje trwają 3 dni, pytam - w imię czego kosztem lekcji?! Zakładając pn, wt, śr - przepadłoby mi 11 godzin lekcyjnych! To naprawdę dużo (mój tygodniowy wymiar w edukacji wczesnoszkolnej to 15 godzin). Przecież do kościoła równie dobrze na tą jedną godzinkę można iść po lekcjach. A jeśli już tak bardzo chodzi o przemianę duchową, to dlaczego nie widać efektów owej przemiany na szkolnych korytarzach? Dzieci świeżo po powrocie z kościoła klną, biją się, przezywają...mając o zgrozo - raptem godzinę temu imię Boże na ustach! Dla mnie to zwykła szopka. 
Tym bardziej niesamowicie się cieszę, choć nie wiem dlaczego tak się stało (interwencja boska jak sądzę) - w tym roku u nas NIE MA REKOLEKCJI! Nie tracę zatem godzin, nie martwię się o zaprowadzanie dzieci do kościoła i pilnowanie ich. Może wreszcie ktoś zmądrzał podejmując taką decyzję :-)
A jak jest u Was w szkołach? Czy rekolekcje powinny nadal funkcjonować jak dotychczas - kosztem lekcji?

18 lutego 2013

Zielona szkoła w pierwszej klasie? Kontrowersje.

Na ostatnim zebraniu zaproponowałam rodzicom 3-dniowy wyjazd dzieciaków na zieloną szkołę. Trafiła się fajna, bardzo korzystna cenowo oferta. Ale chyba przepadła :-( Po pierwsze było mało rodziców (raptem połowa - a to było zebranie semestralne!), a po drugie...niby większość z tej połowy była ZA, tym bardziej, że wyjazd miał być krótki, rodzice mówili: niech maluchy jadą, nauczą się trochę samodzielności, zobaczą jak to jest na wyjazdach. Ale były też głosy przeciw: że to za małe dzieci, a czy pani była kiedyś już na zielonej szkole z pierwszaczkami? (no skoro nie, to raczej nie poświęcą swoich dzieci na mój pierwszy raz). Jakbym nie wiadomo co miała z nimi tam robić. Byłam na kolonii z maluchami. Ale zielona szkoła to przecież co innego nie? Cóż, widocznie myślą niektórzy, że jak ja młoda to doświadczenia nie mam i nie wiem, że maluchom trzeba pomóc w wielu czynnościach samoobsługowych, zadbać o mycie rączek i ząbków i codzienną kąpiel itp. itd...
A wy jak myślicie? Czy pierwszaki powinny jechać na zieloną szkołę czy odłożyć to na trzecią klasę, albo w ogóle sobie darować?
Ja się przy temacie rzecz jasna nie upierałam, chciałam im uatrakcyjnić proces edukacji. W końcu dla mnie to żadna rewelacja bo dodatkowo nikt mi za całodobową opiekę nad grupą nie zapłaci, a obowiązków dodatkowych miałabym całe mnóstwo. Zostawiłam więc sprawę do ponownego rozpatrzenia być może za rok, bo teraz na rezerwacje już za późno. Najwyżej pojedziemy na 2-3 jednodniowe wycieczki w tym semestrze.